Cate Blanchett – Big and Small, Barbican Theatre

Myślałam, że jest tajemnicza i powściągliwa jak Elizabeth I, czy Galadriel z Władcy Pierścieni – jakże się myliłam. Cate Blanchett to wulkan namiętności. Kiedy poprawia rajstopy wszyscy milkną z zachwytu. Zupełnie jak wtedy, kiedy Rita zdejmowała rękawiczkę albo Sharon zakładała nogę na nogę. Tylko bardziej. Ona nie musi grać – wystarczy, że gra. Każdy gest Cate mówi, że wielką aktorką jest. Wgniata w fotele publiczność Barbican Theatre. Nerwowo esemesujący Japończyk po lewicy zastyga z migoczącym na ekranie komunikatem “Sent” aż do przerwy. Chrupanie orzeszków cichnie wraz z pierwszą odsłoną. Cate siedzi w ciemnościach obramowana fosforyzującą rurką, niczym dzieło sztuki i gada. JAK ona gada! – z taką dykcją mogłaby prowadzić audycje w radio BBC4 (choć jest Australijką). Przez kolejne trzy godziny nie możemy oderwać od niej oczu i nawet nie chcemy. Cate robi całość. Aktorzy, którzy pojawiają się w epizodach, wypadają na jej tle żałośnie, niestety. Scenografia owszem ma znaczenie – scena kiedy Cate wije się w budce telefonicznej albo za drzwiami klatki schodowej powinna przejść do kanonu teatralnej magii. Nic tylko zdjęcia robić – à la Helmut Newton.
Dziwna, surrealistyczna sztuka Botho Straussa z 1978 to satyra na współczesny materializm. Rozterki Cate (Lotte) w Big and Small są uniwersalne – mąż ją porzuca, brat i znajomi odrzucają, nieznajomi ignorują, desperacko pragnie gdzieś przynależeć. Kolejne sceny życiowych potyczek Lotte dowodzą, że to co 34 lata temu wydawało się być spuścizną powojennej społecznej alienacji, dziś jest równie aktualne. Dość by fabuła wciągnęła widza, reszta w rękach aktora. Sztuka Straussa zmusza Cate do profesjonalnego ekshibicjonizmu – a to bezwstydnie epatuje cielesnością wąchając pachę i spryskując dezodorantem krocze, a to przekonywuje, że jest aniołem zesłanym na ziemię. Ryzykowne, ale działa. Procentuje to o czym nigdy nie pomyśleliśmy oślepieni blaskiem urody w kreacjach na czerwonym dywanie – Cate to nie dziewczyna wypatrzona w autobusie donikąd, tylko wszechstronnie przygotowana do zawodu aktorka. Razem z mężem sprawuje opiekę artystyczną nad Sydney Theatre Company, za Elizabeth, The Lord of the Rings trilogy, The Aviator, Babel , and The Curious Case of Benjamin Button obsypano ją wszelkimi możliwymi nagrodami. Mówię wam, że tak jak ona zgrała Katharine Hepburn w Aviatorze ktoś kiedyś zagra Blanchett. I nie będzie nawet w połowie tak dobry.

Lubię to 0

Co robi Cillian Murphy w National Theatre

Niełatwo zapełnić scenę, która udaje pusty magazyn. Cillian Murphy (choć do gigantów nie należy) wypełnia tę przestrzeń aż po sufit. Po teatralnych deskach porusza się z prędkością samochodu rajdowego, wygłasza monologi, tak jakby w ogóle nie musiał oddychać. Raz doprowadza nas niemal do łez, za chwilę widownia huczy niepohamowanym śmiechem. Misterman uwodzi prostą historią. Thomas Magill mieszka w Irlandzkiej wiosce Innishfree – na śniadania smaży sobie jajka i rozmawia z “mamusią” (której głos wydobywa się z telewizora), regularnie odbywa mniej lub bardziej znaczące pogawędki z sąsiadami. Wokół szerzy się grzech i występek, ale Thomas wierzy, że z boską pomocą uratuje lokalną społeczność przed zgubnym przeznaczeniem. Im bardziej jednak się stara tym większy napotyka opór materii. Stopniowo wiarę zastępuje niemoc, zaś dobre chęci i religijny zapał wypierają ataki niekontrolowanej agresji. Dla aktora taka rola to sprawdzian umiejętności – Cillian Murphy gra za trzech. Towarzyszą mu tylko przenikliwe dźwięki z taśmy, odgłosy rozmów, samochodów, głośna muzyka (warto zapamiętać, że jej autorem jest Donnacha Dennehy) i… pies, który nie chce przestać szczekać. Enda Walsh, wie jak jak sprawić by Murphy dał siebie wszystko. To ona przecież przed laty zatrudniła nastoletniego wówczas chłopaka w napisanej i wyreżyserowanej przez siebie sztuce Disco Pigs. Sukces był spory – spektakl objechał Europę i Australię, a potem nakręcono na jego podstawie film, w którym oczywiście zagrał Murphy. Tak poznał go świat, a że wyglądał jak z innego świata (typ urody Joaquina Phoenixa albo Iana Somerhaldera z serialu Lost) to o jego akwamarynowych oczach nikt już nie potrafił zapomnieć i posypały się propozycje filmowe. Dla tych którzy 36-letniego aktora, kojarzą z barokowych produkcji 28 Days Later, Breakfast on Pluto, Batman Begins czy Inception, Misterman będzie jednak niemałym zaskoczeniem. O ile Cillian Murphy nie rozmieni się na grube, nieporównywalnie większe pieniądze jakie oferuje Hollywood, będziemy go oklaskiwali częściej – charyzmy i talentu mu nie brakuje.

Misterman by Enda Walsh w National Theatre jeszcze do końca maja 2012.

Lubię to 0

Łomo – nigdy do końca nie wiadomo

Byłam dzisiaj w Łomosklepie, niedaleko Carnaby Street, Co ja tam widziałam! Cmiena (jak moja dawna) na piedestale. Lomo w panterke, ciapki, kropki, całe złote, z brelokami – cuda! Horizon (łza mi się zakręciła, wspomniałam studenckie czasy, kiedy na Krakowskim Przedmieściu “łapaliśmy” w kadr kwiaciarki – cztery na raz, z półobrotu…) Łomo – wiadomo – niska jakość sprzętu, wysoka jakość kreacji – przetrwało. Przewaga pomysłu nad ceną została jednak zachwiana. Dla przypomnienia: łomografia zrodziła się na początku lat dziewięćdziesiątych, podczas wycieczki austriackich studentów do Pragi. Odkryli oni w jednym z komisów radziecki aparat fotograficzny. Po wywołaniu zdjęć, stwierdzili, że odznaczają się zupełnie inną, nieprzystającą do współczesności jakością i walorami artystycznymi. Trochę mi żal, że studenciaki muszą się dziaj wykosztować najpierw, potem dopiero działać zŁomem. Za frymuśnego Łomiaka przyjdzie im zapłacić około 100 funtów. Camera Obscura wychodzi mimo wszystko taniej. I dopiero można szpanować….
The Lomography Gallery Store London, 3, Newburgh Street, London W1F 7RE

Lubię to 0

Niestety

Niestety modne sa też sandały na klocku. Cena nie ma znaczenia. Pedikur też nie ma. Lepiej poczytać książkę.

Lubię to 0

Krwista podeszwa

Christian Louboutin sprawił, że na buty patrzymy od spodu. Kolor podeszwy ma nawet większe znaczenie niż to co powyżej. Retrospektywa Louboutinów w Muzeum Designu przyciągnie panie, które lubią oglądać wystawy. Zastanawia mnie rozpiętość cenowa biletów – od 6 do 104 funtów. Rozumiem, że za 104 można liczyć na jakiegoś fleczka…

Louboutin & Designs of the Year 2012, Design Museum, od 1 maja do 1 lipca 2012

Lubię to 0

Okulary na lato

Poszukującym nowych kształtów dedykuję.

Brązowe okulary, Boss Orange Eyewear by Safilo, 105 funtów
Czarno-szare, DKNY at Sunglass Hut, 96 funtów
Metalowo-skórzane,Tod’s, 365 funtów
Niebieskie okulary, Marc Jacobs, 209 funtów
Red UK – April 2012

 

 

 

 

 

Lubię to 0

Lud Paryża na papierosku

LES MISÉRABLES grają w Londynie od 25 lat – to najdłużej wystawiany (początkowo w Barbican Theatre, potem w Palace Theatre, a obecnie w Queen’s Theatre) musical na Londyńskim West Endzie. Tymczasem w Greenwich kręcą właśnie filmową wersję Nędzników. Dziedziniec Old Royal Naval College udaje Place de la Bastille. Miedzy kolumnami czarne proporce (pogrzeb generała LaMarque’a), wypielęgnowaną trawę przykryto plandekami ze sztucznym błotem i jest oczywiście gigantyczny pomnik słonia (ten w którym mieszkał Gavroche). Wozy filmowe: garderoby, przebieralnie, namioty z kateringiem tworzą małe miasteczko nad Tamizą. Widać ogrom produkcji. Pod okiem Toma Hoopera grają przecież gwiazdy: Hugh Jackman, Russel Crowe, Sacha Baron Cohen, Eddie Redmayne, Aaron Tyeit, Amanda Seyfried, Anne Hathaway, Samantha Barks, Helena Bonham Carter. Wszyscy są już na miejscu, przy odrobinie samozaparcia można zobaczyć na żywo nową fryzurę Anne Hathaway. To jeden z tych momentów w życiu kiedy brak aparatu fotograficznego boli. Chciałoby się wejść w rolę Cartier Bressona i zatrzymać w kadrze pułk napoleońskiego wojska w kolejce do Toi Toi’a, karocę ciągniętą przez BMW, lud Paryża na papierosku, oraz nędzników wcinających ananasy. Zamierzam wrócić i nadrobić.  

Lubię to 0

Luz bluz

Trochę to w stylu sióstr Olsen: szeroka koszula, za duża marynara, podwinięte rękawy (marynary, płaszcza) – luz bluz dogie panie. Polkadot na wszystkich częstotliwościach, ale najchętniej mała i rozstrzelona. Szerokie spodnie dla wstydliwych, dla długonogich i śmiałych zaś tenisowe spodenki. Buty odradzam. Fotografował Taghi Naderzad dla kwietniowego Reda UK.Red UK – April 2012

Lubię to 0

Elle Macpherson zagląda na GraBlondyn

Pozwolę sobie na odrobinę autopromocji – Elle Macpherson była na GraBlondyn! W styczniu pisałam o firmie jej szwagierki Belyndy Macpherson. Belynda podziekowała mi sympatycznie, umieszczając wpis na swojej stronie. Elle zobaczyła go i… Tak, tak, świat skurczył się ostatnio do rozmiarów Google Translate. W marcowym Glamour US Elle jako ikona stylu. GraBlondyn pozdrawia. xxGlamour US – March 2012

 

Lubię to 1

Reklama w Braille’u

The Economist – March 31st-April 6th 2012 W marcowym numerze The Economist wypatrzyłam reklamę napisaną alfabetem Braille’a. Przez chwilę myślałam, że to jakiś trend, wygląda jednak na jednorazową akcję. Podoba mi się pomysł banku inwestycyjnego UBS. Porównuje swoją solę do Valentina Hauy’a – twórcy pierwszej paryskiej szkoły dla niewidomych, który suportował wynalazek Louisa Braille’a. Reklamy banków zwykle są tak patetyczne, że nie sposób traktować ich poważnie, tu jednak szumne słowa nie bolą, brawo!

Lubię to 0

David Walliams – jak ta lala

GQ UK – April 2012 W kwietniowym GQ pozuje w garniturach i jest w równie przekonujący jak w roli Emily Howard. Człowiek bez płci i wieku (w Wikipedi dają mu zarówno 64 jak i 40 lat). Kawał współczesnej brytyjskiej komedii (najbardziej oklaskiwany w duecie z Mattem Lucasem w Little Britain) potrafi nie grać. W 2006 roku przepłynął Kanał La Manche (zajęło mu to 10 godzin i 34 minuty), tak mu się spodobało, że dwa lata później wybrał się kraulem z Hiszpanii do Maroka (raptem cztery i pół godziny). W lutym ubiegłego roku ogłosił, że zamierza przepłynąć 140 mil Tamizą. Było ciężko: hipotermia (nie założył ciepłych majtek), problemy z żołądkiem (bakterie z rzeki), trochę go też pokręciło (kłopoty z dyskiem). Po ośmiu dniach machania ramionami (przez około 12 godzin na dobę, a potem do domu spać) dopłynął do Westminster Bridge i zebrał kolejny milion funtów dla Sport Relief (część charytatywnej fundacji Comic Relief). Aha, po drodze (płynąc) uratował jeszcze psa. Strach pomyśleć co szykuje w tym roku – Amazonka? Orinoko? Trzymam za niego kciuki (żeby założył majtki).

Lubię to 0

O pływaniu

Weekend upłynął mi przyjemnie na pływaniu i wchłanianiu stworzeń, które kiedyś pływały. Odwiedziłam miejsce, o którym wiedziałam dotąd jedynie tyle, że wygląda atrakcyjnie z pozycji pływającego. Spływających w dół Tamizy katamaranem (dość popularny środek lokomocji – działa tu nawet bilet Oyster) gdzieś na wysokości Limehouse kusi widok uroczego pubu, położonego tuż nad wodą, przy niezbyt głębokim doku. Popijając kawę z Costy i chemiczną papkę, którą ktoś nie wiedzieć czemu nazwał carrot cake (jasne, a ja jestem James Dean) myśli sobie człowiek katamaranujący, że ci tam na brzegu to mają dopiero raj. Im więcej myśli tym bardziej ma ochotę spróbować, aż w końcu ląduje po drugiej stronie (rzeki). The Narrow to nie jest jakieś tam sobie zwykłe pabiszcze – trzyma na nim łapę wielki kucharz Gordon Ramsay, pierwowzór Magdy Gessler (w Kuchennych Rewolucjach). Po gastropubie zwykle spodziewać się można dobrych drinków i miernego jedzenia. W The Narrow zjeść można całkiem nieźle (biorąc pod uwagę okoliczności), choć drogo jest niemiłosiernie – porcja muli kosztuje około 14 funtów. Wziąwszy poprawkę na to, że w mulach jestem nieskromnym mistrzem, Ramsay mnie mile zaskoczył. Małże smakowały świetnie i mimo, że zamiast frytek albo bagietki dodano do nich spaloną na węgiel kromkę chleba (WTF?), daję kucharzowi kilka punktów ekstra (za sos). Nadal jednak uważam, że największą atrakcją The Narrow jest widok rzeki i przepływających mimo jednostek.

The Narrow, 44 Narrow Street, Limehouse, London, E14 8DP

Lubię to 0

Boris Johnson – Bo rys na nim nie znajdziesz

Boris Johnson to jest gość. Niby burmistrz Londynu czyli ważniak i na pewno zadziera nosa, a potrafi wycisnąć 100 pompek, czyli wie jak zaimponować facetom. Miał też swoją mini aferę romansową a la Bil Clinton. Co takiego widzą w nim kobiety? To samo co mężczyźni widząc apetyczną blondynkę. Sam sex znaczy. Taka opinia zobowiązuje. Boris za chwilę stoczy walkę o reelekcję z Kenem Livingstone. Były burmistrz Londynu zasłynął tym, że poruszał się po mieście zwykłymi środkami lokomocji. Sama widziałam go kilka razy w metrze, autobusie, raz nawet na piechotę w okolicy Leicester Square. Tutaj Boris raczej nie zabłyśnie, więc postawił na fitness i dietę. W kwietniowym numerze GQ osobisty trener obecnego szeryfa Londynu zdradza jego sekrety. Boris wstaje o 7.00 wypija 1/3 koktajlu proteinowo-truskawkowego i rusza z kopyta. Ruszanie kopytem o tej porze to akurat ulubiona rozrywka przeciętnego Londyńczyka, więc Boris pokazuje, że stać go na więcej. Rzuca się na podłogę w pozycji jak do robienia pompek i obraca jak wskazówki zegara (pępek jest osią). Ustawiwszy się na godzinie 7.30 dopija resztę koktajlu i wybiega z domu, by dopaść jeden z miejskich rowerów (zważywszy ich liczbę, to wcale nie takie proste). O 9.00 w nienagannym garniaczku dojeżdża do biura (wiemy już skąd się wzięła jego słynna fryzura). Pracuje troszkę, a o 11.00, ku zdziwieniu współpracowników, zamiera w pozycji Aresztowanie Niemców w Kwaterze Głównej – rozciąga się. Kiedy współpracownicy dochodzą do siebie, spokojnie pogryza sobie orzeszki (pracuje). W porze lunchu Boris w końcu przebiera się w coś stosownego i biegnie pobiegać. Potem zjada obiad – najczęściej są to dwie grillowane makrele na szpinaku z odrobiną cytrynki. Możemy się domyślać co robi w godzinach 14.00-16.00 (trener o tym milczy). W każdym razie punktualnie o 16.10 jest już znów z nami – wcina sobie jajeczko na twardo (bo jest twardy). Znów trener milknie na dwie godziny i odnajdujemy Borisa na rowerze (tym razem w przepisowym kasku) spieszącego do domu. Tam już tylko kolacja (kurczak z ryżem) i paloma, bo jak twierdzi Jon Denoris ograniczanie godzin snu prowadzi do tycia, a tego Boris (który właśnie zrzucił dobre 8 kilogramów) wolałby uniknąć. Bierzmy przykład.

Lubię to 0

Słodkie nic

Elle UK – April 2012 W kwietniowym Elle Christina Hendricks (piękność znana głownie z serialu Mad Men) prezentuje usta, a właściwie najmodniejsze szminki. Na przykład takie, których nie widać. Makijażysta Diora Shane Paish radzi, by najpierw pomalować korektorem, potem musnać pomadką. Jest to jakiś sposób, oczywiście, ale znam prostszy – wymyślili go ludzie z Diora właśnie, widocznie inni. Otóż można kupić szminkę w odcieniu Beige Angélique. Działa, sprawdziłam. Sesja Thomasa Shenka cudna.

Dior Rouge Beige Angélique 314, 3.5 g, 22 funty

Lubię to 0

Mary-Kate i Ashley Olsen – Toczka w toczkę

Nie do wiary, że mają zaledwie po dwadzieścia pięć lat. Do sześciu lat grały słodkie niewiniątka (pierwszy kasting w wieku 6 miesięcy) w serialu Pełna Chata. Potem firmowały twarzami rożne przedsięwzięcia – książki, filmy, lalki. Nic dziwnego, ze postanowiły w końcu sprzedawać własne pomysły. Ich Dualstar Entertainment Group zatrudnia 30 osób. Luksusową linię The Row (od londyńskiej Savile Row), bardziej przystępną Elizabeth and James i młodzieżową Olsenboye sprzedawaną w domu handlowym JC Penney, oraz sklepie internetowym StyleMint.com . W ubiegłym roku The Row nominowano do nagrody CFDA w kategorii objawień damskiej mody (współnominowani to Altuzarra i Prabal Gurung). W ubraniach z tej linii chodzą Michelle Obama i Angelina Jolie. Wszystkie rzeczy są nieziemsko drogie (plecak z aligatora w Net-a-Porter kosztuje 28 tysięcy funtów) ale (uff) można je miksować z czymś tańszym. Dowód? Przed dwoma laty Olsenki pokazały The Row na New York Fasion Week, buty nie dotarły na czas, więc modelki wystąpiły w zwykłych skórzanych klapkach i zagrało. Nie chcą więcej pokazów. - Za dużo pieniędzy puszczonych w 20 minut, lepiej skupmy się na projektowaniu – mówią w wywiadzie dla kwietniowego Elle. Chcą być takie jak Phoebe Philo ( to ta, które sprawiła, że Céline i Chloé zrobiły się cool) której imię nie występuje na metkach, czy w kampaniach promocyjnych. Oczywiście to kokieteria – kto by zaprzepaścił taki potencjał handlowy – bliźniaczki, do tego sławne. W każdej reklamie tulą się do siebie jak małe kotki. Mary-Kate i starsza od niej o dwie minuty Ashley są lustrzanym odbiciem- jedna prawo- druga leworęczna; jedna z wybitną przewagą prawej, druga zaś lewej półkuli. Mieszkają na dolnym Manhattanie prawie po sąsiedzku. Ich młodsza siostra Elizabeth też jest aktorkę (Martha Marcy May Marlene) tyle, że w przeciwieństwie do nich nie garnie się do mody. One wierzą, że ich wyczucie stylu to polisa na przyszłość.  Mary-Kate przeważnie w czerni. Ashley przeciwnie – wesoła. Punkt wspólny – za duże okulary, za duże ubrania, oraz to, że nigdy nie starają się wyglądać seksownie. Wszystko w czym kiedykolwiek wystąpiły (nawet jako dzieci) trzymają na pamiątkę. Ktoś mógłby wreszcie zrobić im przegląd szafy – to by był materiał. Sesja piękna. Alexiei Hay zachwycił mnie (jak zwykle).Elle UK – April 2012

Lubię to 0

Emeli Sandé – naprawdę Adele

Next to Me z jej nowego singla śpiewam z pamięci. Nie dlatego, że lubię (najmniej by), po prostu nie da się od niego uciec. Emeli Sandé szukuje się do wielkiego natarcia – nagrywa właśnie piosenki do albumu, który ma się ukazać jeszcze w tym roku. Krytycy (niezależnie związani z jej wytwórnią EMI) prognozują, że ta 24-latka może powtórzyć ubiegłoroczny sukces Adele. Nie wydaje mi się. Jedyne podobieństwo to to, że Emeli na pierwsze ma Adele. Choć popowo-soulowe ballady z jej debiutanckiego albumu Our Version of Events sprzed dwóch lat, miały energię – fakt. Emeli-Adele studiowała wtedy medycynę w Glasgow, kiedy jej kariera muzyczna nabrała rumieńców, przerwała studia i zajęła tym co lubi. Najbardziej lubi pisać teksty (pisała dla Leony Lewis i Alicii Keys). Uchodzi za dobrą tekściarę i imprezową dziewczynę. Dzieli mieszkanie przy Brick Lane ze swoją siostrą, dwa lata młodszą prawniczką. Na przegubie dłoni wytatuowała sobie First Lucy (Lucy ma w tym miejscu First Adele), na przedramieniu cytat z Virginii Woolf A room for one’s own, na drugim Fridę Kahlo. O co dokładnie jej chodziło nie wie, ale jest pewna, że im jest starsza tym więcej te dziary dla niej znaczą. Poczekamy zobaczymy.

Lubię to 0

Meadham Kirhoff – z cukrowej waty

Edward Meadham i Benjamin Kirchhoff – Anglik i Francuz, obaj po Central Saint Martins – działają w Londynie, niesłychanie kreatywni. Zadebiutowali trzy lata temu – dość zachowawczo, z pokazu na pokaz są coraz lepsi. Sweterki z buźkami w odpowiednich miejscach (na wiosnę i lato!) 2012 obiegły wszystkie gazety. Podczas niedawnego Londyńskiego Tygodnia Mody ich kolekcja na jesień i zimę 2012 wywołała gradobicie z piorunami. Robią sobie z mody oczywiste jaja, ale uchodzi im to na sucho. Mają patent na wywoływanie pozytywnego szoku.Elle UK – April 2012

Lubię to 0

Platforma (nie)obywatelska

Te od Salvatore Ferragamo wyglądają dokładnie tak jak obuwie, które przywiozłam sobie z Wenezueli z nadzieją, że kiedyś założę. Jak ktoś nie jest Natalią Oreiro to do pewnych rzeczy trudno się przekonać… Plaformy monstrualne, udziwnione, ukwiecone, wyplecione to (obok szpilek z ostrymi czubkami) must have wiosenno-letniej garderoby. Elle UK – April 2012Ugg Australia 2012Mary-Kate and Ashley Olsen, Elle UK – April 2012

Lubię to 0

Wielka Elka

Jeszcze do końca kwietnia w Victoria & Albert Museum można zobaczyć wystawę Queen Elizabeth II by Cecil Beaton. Sir Beaton (1904-1980) – jeden z najwybitniejszych brytyjskich fotografów, scenograf, kostiumograf, portrecista słynnych piękności pracował długie lata dla Vogue’a  i Vanity Fair.  Zaproszenie do uwieczniania rodziny królewskiej ugruntowało jego pozycję w świecie mody i socjety. Pierwsze pokazane na wystawie foty zrobił w 1942 kiedy Elżbieta była jeszcze nastolatką. Widzimy ją w towarzystwie siostry Małgorzaty i matki – królowej Elżbiety. Na jednym ze zdjęć panie pozują do propagandowej skromnej sesji. Wczesne portrety królowej to jednak zaprzeczenie tego z czego Beaton znany był w późniejszych latach. Początkowo, czerpiąc z kanonów XVIII- wiecznego malarstwa, starannie upozowywał przyszłą królową na tle malowideł i kotar, obsypywał kwiatami zbieranymi we własnym ogrodzie. Jakże to odmienne od ostatniej pokazanej na wystawie fotografii (z 1968 roku), na której Elżbietę odzianą w wojskowy płaszcz z podniesionym kołnierzem stawiać można za wzór stylizacyjnego minimalizmu. Ewolucję fotografa następowała równolegle z przeobrażaniem się modelki w kobietę, matkę, monarchinię. Nie brakuje tu zdjęć z rodzinnego albumu. Pojawia się na nich śliczny jak z obrazka (sic!) dwuletni książę Karol. Czuła Elżbieta pochylona nad maleńką księżniczką Anną, Królowa Matka z wnukami i inne, mniej lub bardziej naturalne, sceny familijne. Osobną salę poświęcono koronacji Elżbiety II. Po oficjalnej ceremonii Beaton wraz wynajętymi asystentami wziął udział w przedsięwzięciu powstawania oficjalnego portretu koronacyjnego (to ten na folderze wystawy). Mimo, że oficjalne portrety wymagały takiej samej staranności jak zdjęcia prywatne przeznaczone do “kontrolowanych wycieków” ( np. na pocztówki z nadrukami zachęcającymi poddanych do kolekcjonowania) Beaton wolał zatrudniać pomocników do papierkowej roboty. Na wystawie pokazano całe tomy pieczołowicie zbieranych wycinków prasowych, stykówki, listy od królowej, nawet ulubiony Rolleiflex, którym dokumentował kulisy sesji. Wszystko to ma oczywiście niezaprzeczalną wartość historyczną, najciekawsze jest jednak odkrycie tego, czego nawet baliśmy się domyślać – Elżbieta to kobieta z krwi (co tam kolor) i kości. Beaton zachwycał się jej błękitnymi oczami i miłym uśmiechem (co biorąc pod uwagę okoliczności można uznać za część strategii promocyjnej). Jego fotografie, choć spodziewanie ugrzecznione i pompatyczne pokazują jednak, że od przez te wszystkie dekady między modelką, a fotografem była jeśli nie chemia, to w każdym razie nić porozumienia, przyzwolenia i jak najbardziej ludzkiej sympatii.
Victoria & Albert Museum, Queen Elizabeth II by Cecil Beaton, A Diamond Jubilee Celebration, od 8 lutego do 22 kwietnia 2012, wstęp 6 funtów.

Lubię to 0

Peter Marino – z każdej strony pudło

Cokolwiek przyjdzie Wam do głowy na widok tego pana – pudło. Nie gej, nie konduktor, nie faszysta, nie fetyszysta, nie strażnik więzienny, nie wilk morski, nie Kombi, nie sex shop etc. Peter Marino jest najbardziej wpływowym projektantem wnętrz w świecie mody. Zbudował domy dla Calvina Klaina, Giorgio Armianiego, Donny Karan, jacht dla Valentino. Redefiniował pojęcie luksusowego sklepu projektując butiki Chanel, Louis Vuitton i Zegny. Przyjaźni się z Naomi, Kylie, Galiano, Lagerfeldem, właściwie z każdym komu coś zaprojektował albo zamierza to zrobić – spryciarz z niego. A że wygląda jak Anioł Piekieł? Z punktu widzenia autopromocji to dobry pomysł. W każdym razie jego żona nie jest temu przeciwna. Jak przystało na nowojorskiego architekta Peter ma porządne biuro na Manhattanie. Wypełnione dziełami Warhola, Richarda Prince’a i Damiena Hirsta, z naturalnej wielkości terakotowym koniem z okresu dynastii Han. Jego pracownicy (w sumie 115 osób) chodzą do pracy w białych koszulach i garsonkach. Natomiast Peter na biznesowe spotkania przyjeżdża na Harleyu, w pełnych regaliach.
Przepustkę do świata mody zapewniły mu legendarne szklane sufity w nowojorskim domu handlowym Barneys przy Madison Avenue. W jego projektach najważniejsze są imponujące rozwiązania świetlne i ściany z ledowych ekranów, tak jak w londyńskim butiku Louis Vuitton przy New Bond Street 17/20, który w ubiegłym roku uznano za najbardziej luksusowy sklep na świecie (na trzech poziomach można zobaczyć nie tylko ciuchy, ale też na przykład prace Takaschi Murakami albo poczytać literaturę angielską). Idea takiego miejsca nie jest nowa, w 1999 roku amerykański socjolog George Ritzer nazwał koncept retailment, definiując jako użycie dźwięku, otoczenia, emocji, elementów rozrywki mające na celu  wprowadzenie nas w nastrój do kupowania. Pierwsze concept stores powstały w UK – NikeTown przy Oxford Circus, Chanel, Apple na West Endzie. Niedawno w zabytkowym budynku przy Covent Garden otwarto kolejny sklep komputerowego giganta. Peter Marino uważa, że sklepy Apple’a wyglądają jak Ikea, nie wywołują emocji (ciekawa teoria, chyba się nie zgodzę). - Takie wnętrze może przytrzymać klienta pół godziny, ja chcę zatrzymać go na pół dnia – podkreśla. Według Petera Marino internetowe sklepy nigdy nie wyprą tych w realu. Ludzie przychodzą do Louis Vuitton nie po zakupy, lecz po to by poczuć się wyjątkowo, a im bardziej tak się czują, tym chętniej coś kupują. Ilość ma znaczenie drugorzędne. Sklep LV przy Avenue des Champs-Élysées odwiedza 2.5 miliona ludzi rocznie. Na tym tle przewaga Apple’a przy Covent Garden, który w pierwszym miesiącu funkcjonowania odwiedziło 440 tysięcy osób może się wydawać miażdżąca. Tyle, że jego LV nie ma gadżetów za 50 funtów, a jego drzwi nie są zawsze szeroko otwarte dla wszystkich.
Policjant Pete (jak nazywają go pracownicy) osobiście dopilnowuje wszystkich szczegółów swoich projektów – od struktury dywanu z włókna bananowego w butiku firmy Hubolt przy paryskim Place Vendôme do 56 odcieni szarości u Diora przy Avenue Montaigne. Ba, on nawet dokładnie obmyśla położenie każdej torby i buta. Pracuje jednocześnie dla rywalizujących ze sobą marek modowych i nikt nie ma nic przeciwko temu. Każdy zleceniodawca wierzy, że dla tej jego firmy Peter zrobi coś niesamowitego i nie będzie się powtarzał. Ten facet to niewyczerpana kopalnia pomysłów. Pamiętajmy, że pierwszym klientem Petera był sam Andy Warhol. Czek opiewał na 130 dolarów. Warhol poradził mu żeby go nie spieniężał – do dzisiaj żałuje że nie posłuchał, ale czasach kiedy studiował rzeźbę, spotkał swoją przyszłą żonę (kostiumologa serialu Beverly Hills 90210) i urodziła się córka, miał nieco inne priorytety. Dzisiaj jego projektowe imperium ma takie rozmiary, że Peter Marino może robić to na co ma ochotę. Jako młody chłopak obiecał rodzicom (po wypadku kuzyna), że nie będzie jeździł motocyklem. Dotrzymał słowa, ale kiedy zmarli (dobiegał wtedy pięćdziesiątki) znów był w siodle: skórzane spodnie, szelki, oficerska czapka, smok na ramieniu, buldog na czole – wszystko od Diora. Sidney Toledano, prezes Diora, który zna 61-letniego Petera jeszcze z czasów kiedy nosił garnitur i krawat, twierdzi że to wciąż ten sam człowiek. Po prostu lubi przebieranki i już.
Fot. Esquire UK – November 2012

Lubię to 0

Ogród na zapleczu

Mogą sobie być słodziukie, kobiece – ja nic. Kwiatki w ogóle mnie nie ruszają. Ten plecak jednak jest wyjątkiem. Po pierwsze to Eastpak (we Francji każdy zblazowany student musi go mieć), po drugie Eastpaki zwykle wyglądają jak bezkształtne wory, potrzebują więc special twist, żeby esteta chciał go mieć. Eastpak w kwiatki to wyzwanie dla tradycjonalisty. Kupuję.

Plecak, Estpak, 43 funty

Elle UK – April 2012

Lubię to 0

Pidżama party

Odstawiamy do kąta wszelkie opory: że bez makijażu to na ulice nie można, że nigdy nie wiadomo za którym rogiem czatuje paparazzo, że szata zdobi człowieka, a człowiek bez niej to marny puch. Z psem czy bez wolno teraz wyjść z domu bez wcześniejszych przygotowań, bez dobierania odcienia szminki do kamizelki i czesania kosztem spania. Wzorem niech nam będzie Chińczyk spotkany o 7 rano w sklepie spożywczym (w Hong Kongu albo w Londynie) czyli sam luz. W dłoni kopertówka, ale zwykła A4 bąbelkowa  też ujdzie, że niby właśnie udajemy się na pocztę, by załapać się na pierwszą wysyłkę. Resztę ogramy kolorem i wzorem. Więzienne paski, paysley i majtkowy błękit powinny dodać pikanterii tej naszej poranno-całodziennej galanterii. Dobranoc Państwu bardzo.Elle UK – April 2012

Lubię to 0

Przedświt

Piękna sesja w kwietniowym Elle. Fotografował po mistrzowsku John Akehurst. Dużo śwatła, delikatne nadruki, przezroczystości całkiem niewinne, biel i srebro, również w biżuterii. Oto przedsmak.Elle UK – April 2012

Lubię to 0

Letizia Battaglia – strzelając w mafię

Dziewczyna na zdjęciu to Rosaria Schigani, jej mąż zginął z rąk mafii osłaniając włoskiego prokuratora Giovanni Falcone. Legendarna sycylijska fotografka – Letizia Battaglia – zrobiła zdjęcie dziesięć lat temu, w trakcie mowy pogrzebowej. Takie ujęcia są specjalnością Battaglii, źródłem jej sławy.

Dorastała w powojennym Palermo. W owych czasach było to ostatnie miejsce, w którym zbuntowana nastolatka mogłaby rozwinąć skrzydła. Zmuszona do zaaranżowanego przez rodzinę małżeństwa z bogatym biznesmenem, w wieku 16 lat zaczęła rodzić dzieci, urodziła trójkę. Rozwód w tamtych czasach był nielegalny, więc kiedy Letizia oprzytomniała, uciekła przed mężem do Mediolanu. Tam nauczyła się fotograficznego rzemiosła, oraz nawiązała przyjaźnie z ludźmi, którzy na zawsze ukształtowali jej polityczną i społeczną tożsamość. Pisarz Leonardo Sciascia i prokurator Giovanni Falcone obaj zginęli z rąk mafii, której ośmielili się sprzeciwić. Podobnie jak późniejszy nonkonformistyczny burmistrz Palermo Leoluca Orlando (o współpracy z nim powie, że to był najpiękniejszy czas jej życia, lepszy niż urodzenie dzieci). W latach siedemdziesiątych, po powrocie do Palermo, pracowała jako fotoedytor w jednej z miejskich gazet. Wojna mafii przybrała wtedy na sile, Battaglia (rzadko nazwisko tak dobrze określało człowieka) zaczęła dokumentować zbrodnie mafii. Dzięki pracy w gazecie pierwsza dostawała “cynk”, że coś się stało, jechała na miejsce zdarzenia, przepychała przez tłum gapiów i robiła zdjęcia.W innym czasie i innym miejscu, ktoś mógłby zarzucić jej, że wykorzystywała sytuację bazując na niskich instynktach. Ale nie w Palermo, tam nikt tak nie pomyśli, z takich samych powodów dla których, terroryzowani przez mafię mieszkańcy nie udadzą się na masową emigrację. Letizia zamieszkała z córkami w jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic, chciała być bliżej ludzi, dzielić ich problemy. Jej mieszkanie okradziono wielokrotnie, na oczach milczących sąsiadów. Fotografowała nie tylko trupy, setki razy przemierzyła Sycylii dokumentując religijne festiwale, pacjentów szpitali psychiatrycznych, mieszkańców slamsów i arystokratyczne salony. Bohaterami jej zdjęć są często młode kobiety w tarapatach i skorumpowani funkcjonariusze. Fotografie Battaglii doprowadziły przed sąd byłego premiera Włoch Jolio Andreottiego. Kropla w morzu potrzeb zważywszy, że osłaniana przez polityków, policję i wymiar sprawiedliwości  mafia ma się dobrze, a nawet lepiej. Zapoczątkowana przez rodzinę Corleone technika terroru, sprowadzająca się do zasady: maksimum przemocy i eliminacja oponentów wciąż przynosi efekty. W Palermo większość właścicieli sklepów i innych lokalnych biznesów płaci haracz. Miomo korupcji, brudu, zakłamania, samodestrukcji i innych problemów tego miasta, Letizia Battaglia kocha je i wciąż wierzy w sprawiedliwość. Dzisiaj 76-letnia fotografka nie robi już reportaży, ale wciąż odwiedza szkoły organizuje antymafilne pikiety. Uważa, że to jej obywatelski obowiązek. – Cosa Nostrę uda się wyplenić pod warunkiem, że ludzie przestaną głosować na nieuczciwych polityków. To już nie tylko problem Sycylii, to problem całych Włoch – przekonuje w swoich wystąpieniach. O kobietach jak Letizia mogłabym czytać bez końca. Przywilejem jest móc o nich pisać ryzykując tak niewiele jak tylko spadek blogowych statystyk.Observer Magazine UK – March 2012

Lubię to 0

Anna Dello Russo – Lady Gaga mody

Publikuję z poślizgiem – gazeta zmokła mi nieco na basenie, podsuszyłam jednak i proszę, coś widać – jeśli komuś wydaje się, że pewne osoby z polskiego światka mody są nieco ekscentryczne to widok tej pani powinien ich otrzeźwić. Prawie pięćdziesięcioletnią dyrektor kreatywną japońskiego Vogue’a Annę Dello Russo nie bez powodu nazywa się Lady Gagą mody. Najdziwniejsze stroje z pokazów, te które zwykliśmy traktować wyłącznie jako inspirację, popis krawieckiego rzemiosła – ona w tym chodzi na co dzień. To co wybiera na wieczór znacznie wykracza poza nasze wyobrażenia o dobrym smaku i wyczuciu stylu, a jednak opinie o jej kreacjach są zwykle pochlebne, nawet entuzjastyczne. Maniaczka mody (jak nazwał ją kiedyś Helmut Newton) ma w środowisku wyrobioną markę. Urodziła się w Bari, mieszka (gdzieżby indziej) w Mediolanie (z psem), zanim została konsultantem na Japonię, przez osiemnaście lat pracowała we włoskim Vogue’u. The Sartorialist, często “łapie” ją tu i tam. Zwykle w drodze na pokaz mody. Bywalcy mówią, że siedzieć za nią to prawdziwy niefart – Anna rzadko ma na głowie coś co nie jest rozmiaru lądowiska helikopterów. Twierdzi, że ma 4 tysiące par butów – bardzo prawdopodobne. Prowadzi własny nieco chaotyczny blog, na którym opisuje wszystko co nosiła na imprezach (wliczając w to kosmetyki do włosów i makijażu), zamieszcza zdjęcia i filmy video ze sobą w roli głównej. I to jej motto: I don’t want to be cool. I want to be fashion. Strasznie radykalne. Oto jak wyglądała podczas Paryskiego Tygonia Mody, na pokazach Sonii Rykiel, Balanciagi i na afterku Dolce & Gabbana.Observer – 4 March 2012

Lubię to 0

Wielki Shu (Uemura)

Zabłysnął przeobrażeniem Shirley MacLaine w Japonkę na potrzeby filmu Geisha (1962). Japoński makijażysta został wtedy ulubieńcem Hollywood, docenianym również przez mężczyzn (pracował między innymi z Frankiem Sinatrą). Na fali popularności założył w latach sześćdziesiątych markę kosmetyczną (pod swoim nazwiskiem). Najpierw wymyślił oczyszczająco-nawilżający olejek do twarzy (podobny patent “wymyśliła” wiele lat później firma NUDE i też jest hitem) do dziś olejek Uemury sprzedaje się znakomicie w Japonii. W 2004 roku Shu Uemura sprzedał udziały francuskiemu gigantowi L’Oréal (zmarł trzy lata później, w wieku 79 lat). Kosmetyki Shu elektryzują kolejne pokolenie kobiet. Najbardziej czekają na nowe odcienie słynnych cieni. Moje ulubione Uemury to klasyczna maskara w bardzo czarnym kolorze i świetne eyelinery (Japonki wiedzą o rysowaniu kresek wszystko, bubel zostałby wykryty natychmiast) można je kupić w Space NK i domu handlowym Liberty.

Ultimate Natural Mascara, Shu Uemura, 4.5 g 20 funtów

Lubię to 0

Rock niepodległości

Patrick Demarchelier, człek poniekąd wiekowy, wie jak powiedzieć kobiecie, że wygląda retro, tak aby się nie obraziła. Najpierw w lutowym Vogue’u UK, teraz w marcowym Glamourze US oswaja style z lamusa. Spódnica pencil albo linia A. Pasek i torebka najlepiej Prady, ostatecznie może być cos twardego (kuferek na nici?). Szpilki z ostrym czubkiem, na zmianę z platformami. Coś na włosy: szeroka opaska, kokarda, chustka. Udajemy się w tym stroju nad rzekę (Sekwana byłaby idealna, Wisła obleci) na ziemi stawiamy odtwarzacz płyt i zaczynamy kręcić biodrami wyrażając radość z odzyskania niepodległości i wiosny.Glamour US – March 2012

Lubię to 0

Wesoła GAPa

Okropnie pozytywna dziewczyna z reklamy GAPa. Skoro już zrobiło się cieplej (przynajmniej na duszy) podwijamy spodnie – to teraz strasznie modne!Glamour US – March 2012

Lubię to 0

Luk z Hameryki

Jak długie to zadbane, jak krótkie to też zadbane. Afro jest modne, ale jak się nie ma to grzywka. Krótkie włosy najlepiej wyglądają z zagniecionym czubkiem, a półdługie roztrzepane za uszami. Szczegóły w marcowym Glamourze US.Glamour US – March 2012

Lubię to 0

Amanda Seyfried – Cosette ma Deep Throat

Podobno w Hollywood ma opinię takiej co to sprzątnie wszystko – na aktorki padł blady strach. Dziewczyna z niej pojemna. Zanim wygrała casting do roli Cosette w filmowej wersji Les Misérables sprzątneła Lindsay Lohan szansę na Lindę Lovelace – feministkę, która została gwiazdą porno. W ramach przygotowań obejrzała Deep Throat (najsłynniejszy film Lovelace) i spłynęło to po niej jak po kaczce. Amanda ma 26 lat, nie ma chłopaka, psa ma. Dla Glamoura fotografowała ją niezapomniana Ellen von Unwerth… dlatego pokazuję.Glamour US – March 2012

Lubię to 0

Body by Glamour

Uśmiałam się. W amerykańskim Glamourze krótki instruktarz jak zachować prawidłową postawę. Kilka ćwiczeń: 1. Stań przy ścianie wyciągnij do góry ręce i powoluuutku, nie odrywając pleców zjeżdżaj w dół; 2. Pozycja jak do robienia pompek, ale ciało wsparte na przedranionach i czubkach palców stóp. Zginaj naprzemian raz jedną, raz drugą nogę; 3. W wyprostowanych rękach trzymaj ręcznik i przekładaj go raz za głowę raz przed siebie, na wysokość oczu. Brzuch do tyłu, ramiona do przodu – wyglądasz wygładasz władczo – jak Angelina. Po czterech tygodniach mięśnie proste wzmocnią się i będziesz wyglądała szczuplej, jak Angelina. Śmiem wątpić, choć ilustracja przednia :) Glamour US – March 2012

 

Lubię to 0

Pete Doherty – Baby Shameless

Niegrzeczne dzieciaki trochę się wykruszyły – Amy już nie ma, Kate Moss wyszła za mąż, a lider Babyshambles występuje w ubraniach francuskiej marki The Kooples Założyli ja ludzie z Le comptoir des Cottoniers i to widać, w stylu reklam też. Widok Pete’a reklamującego modę męską rusza nas jednak tak jak ściany umazane krwią (do połowy wysokości) ruszały właściciela mieszkania Pete’a w Londynie. Tamto zwalił na kota, ale tutaj to już nie będzie tak łatwo. Pete sprzedał się jak jakaś luksusowa torba (doszorował nawet ręce). Kto teraz będzie dyżurnym złym chłopcem na Wyspach – Daniel Radcliffe? Come on.GQ UK – April 2012

Lubię to 0

Sorry Paris

Trudno się nie zgodzić…

Lubię to 0

Bezpieczeństwo z odzysku

Song Dong to jeden z tych zaangażowanych politycznie artystów lat 90-tych, którzy konsekwentnie eksplorują tematykę rodzinnych relacji. Przełomem w karierze Songa było wideo Touching My Father z 1997 – na filmie jego własna ręka chce pogłaskać rękę ojca. Pamiętam jak kilka lat temu zbudował metropolię z ciastek (Eating the City) i ustawił ją w londyńskim centrum handlowym Selfridges – w ten sposób chciał chcąc zwrócić uwagę na nieograniczony rozrost chińskich miast. Dzisiaj obejrzałam w Barbican kolejną głośną wystawę Song Donga. Waste Not ujawnia wszystko to, co matka artysty – Zhao Xiangyuan – gromadziła przez 50 lat. A że zbierała niemal wszystko, mamy tu kawał historii chińskiej rodziny w czasach rewolucji kulturalnej – dziesięć tysięcy obiektów: morza nakrętek, doniczki, zabawki, stare buty, ubrania, kołdry, pudła po telewizorach, gazety, góry pozwijanych w zmyślne trójkąty torebek foliowych, połamane parasolki – nieco upiorne, choć poruszające artefakty. W tym składzie osobliwości jest rzecz jasna znacznie więcej niż apoteoza idei recyklingu – z kawałków wymydlonego mydła, pustych tubek po paście do zębów, nici i potłuczonych naczyń, matka tworzyła iluzję dostatku, bezpieczeństwa rodziny. Po śmierci męża (w 2002 roku) Zhao wpadła w głęboką depresję (skutkowało to gromadzeniem coraz mniej potrzebnych i przypadkowych rzeczy). Song Dong (powodowany chęcią skierowania jej myśli na inne tory) uznał, że czas już z gromadzonych przez lata skarbów zrobić użytek. Dałem matce przestrzeń, w której mogła uporządkować wspomnienia – tłumaczy. Zhao Xiangyuan w 2005 roku uroczyście otwierała pierwszą wystawę w Tokyo Gallery w Pekinie, cztery lata później (Waste Not wystawiano wtedy w MoMA) zmarła w wypadku, artysta kontynuuje dzieło z żoną i siostrą. Do Barbican przenieśli nawet fragment rodzinnego domu. Nad wejściem wisi neon: Tato nie martw się o nas, mama i rodzina mają się dobrze. Jeśli miarą sukcesu jest frekwencja i uznanie krytyków, to Song Dong ma się rzeczywiście nieźle.

Song Dong Waste Not, Barbican (Silk Street entrance) od 15 lutego do 12 czerwca 2012

Lubię to 0

Moja droga Laura (Mercier)

Laura Mercier urodziła się w Prowansji, jako młoda dziewczyna przyjechała do Paryża, skończyła tam malarstwo i zaczęła malować ludziom twarze. Ukoronowaniem jej podszytych młodzieńczym zapałem pomysłów na makijaże było zaproszenie do tworzenia projektu amerykańskiej edycji magazynu Elle. Widocznie w latach 80-tych w Nowym Jorku kariery w świecie mediów, mody i urody rozwijały się szybciej niż teraz. Wkrótce Laura pracowała jako makijażystka dla wielu magazynów konkurujących z Elle, osobiście doradzała największym gwiazdom muzyki i kina jak wyglądać nienagannie w sztucznym oświetleniu. Związała się z Elizabeth Arden, pracowała też dla Chanel, aż piętnaście lat temu założyła własną firmę i od razu zyskała rzeszę zakochanych w jej produktach klientek. Niektóre pewnie nawet kojarzycie: Sarah Jessica Parker, Julia Roberts, Madonna, Susan Sarandon, Isabella Rosellini, Brooke Shields, Ellen Barkin, Celine Dion, Meg Ryan, Ashley Judd, Meryl Streep, Julia Ormond, GraBlondyn. Oto moje ulubione kosmetyki Laury Mercier. Nie zamierzam udawać, że nie przeżyłabym bez nich kolejnego dnia, ale skoro nie muszę wybierać to miło, że istnieją. Secret Concealer – o nim zawsze jest najgłośniej, rzeczywiście świetny. Używam najjśniejszego koloru – bardzo ciekawy odcień, choć jest niepokojąco różowy na skórze wcale tak nie wygląda. Wtapia się w kolor cery i rozświetla. Właśnie tak – rozświetla, a nie rozjaśnia jak większość korektorów. Podkreślam, że nie można zrażać się jego wyglądem, po prostu trzeba posmarować żeby to zobaczyć. Porównując go z Touche Éclat YSL – ten Laury jest znacznie cięższy, kremowy, bardziej kryjący, nie wysycha, pracuje razem z okiem, jest plastyczny. Gdyby ktoś jednak chciał mieć pod okiem idealnie matowo to polecam dodatkowo Secret Brightening Powder – biały drobno zmielony puder, który nie uwypukla struktury skóry (w okolicy oka nadmiar zwykłego pudru może sporo namieszać). Lubię też pomadkę Laury w kolorze… no cóż… Coral. Kosmetyki Laury Mercier nie są tanie, za to łatwodostępne: Harrods, Liberty, Space NK.
Secret Concealer, Laura Mercier, 2,2 g , 18 funtów
Secret Brightening Powder, Laura Mercier, 4 g 18 funtów
Pomadka Lip Colour Coral, Laura Mercier,  3.5 g 18 funtów

Lubię to 0

Wewnętrzne światło

Jedną z konsekwencji wyspiarskiego położenia Wielkiej Brytanii jest Coast. Pismo dla człowieka z dostępem do morza. Rodzaj kompromisu Działkowca ze świąteczną gazetką Macro, z tekstami w stylu takich periodyków jakie lecąc samolotem znajdujemy w kieszeni pod stoliczkiem. To jeszcze nie wszystko, w Coast są profesjonalne sesje wnętrz (jak w Elle Decoration), butiki jak w Avanti, no i moda (jak w Pani Domu) z marynarsko-żaglowym odjazdem, czyli wszystko w niebiesko-białe paski, espadryle, motyw kotwicy, żagla, liny, supła itp. Co ciekawe ogłoszenia drobne, które zwykle w magazynach nie zajmują więcej niż dwie ostatnie strony, w Coast występują od pierwszej kartki aż do końca (nadgorliwy dział reklamy). W marcowym numerze Coast wśród ogłoszeń drobnych jest interesująca historia pary designerów – kupili podupadły pub nad morzem i postanowili w nim zamieszkać. Zyskali dzięki temu 650 metrów kwadratowych za jedyne 110 tysięcy funtów, czy coś jeszcze? O tak. Mają wysokie mieszkanie, mają wyjątkowo duże kominki i jak siedzą w salonie mogą patrzeć na ulicę. Nie wiem czy lubiłabym żeby mi w czasie kolacji przechodnie nerwowo szarpali za klamkę, jednak im to nie przeszkadza. Widać, że to ludzie z fantazją, by to podkreślić zamiast stołu postawili sobie szpitalne łóżko, takie do operacji. Pan domu ma nietypową pasję – projektuje oświetlenie. Podświetlane kasetony i neony (w stosownych rozmiarach) poustawiał gdzie tylko się dało. Wchodzi się jak do kasyna w Las Vegas, w jednej sypialni nad łóżkiem puścił sznur kaczek (pewnie robił je dla chińskiej jadłodajni), w innej powiesił wielką świecącą gwiazdę (z wesołego miasteczka?), przedpokój jak w niecnym klubie. Właściciele podkreślją, że ich mieszkanie ma Wow Factor, czyli jak ktoś wchodzi i widzi, że znalazł się w pubie, widzi te wszystkie neony to mówi: WOW! Po polsku powiedzieli byśmy raczej, że gość mdleje z wrażenia. Jeśli faktycznie zemdleje to go kładą na stole, włączają odpowiednie lampy i reanimują, a przechodnie się gapią. Tak to sobie sprytnie wymyślili.Coast UK – March 2012

Lubię to 0

Ryba po londyńsku

Brytyjską fish and chips zachwyca się Madonna. Niektórym jednak nie wypada, bo wiadomo ciężkostrawne toto, tłuste i musimy się nielicho namęczyć by tę chrupiącą panierkę odłupać. Skupmy się na czymś bardziej wyrafinowanym. Skąd wziąć w Londynie dobrą rybę? Z Billingsgate Market. Największy londyński targ rybny trzeba odwiedzić skoro świt (najlepiej o 5:00, o 8:00 już zamykają). To tak jak z grzybami z jakiegoś przedziwnego powodu zbieramy je o nieprzyzwoicie wczesnej porze (bo potem co – giną, gniją, znikają?). Skoro już klnąc i złorzecząc zwlekliśmy się z łóżka idziemy na stację metra i tam przed mapą przychodzi otrzeźwienie, ponieważ jasno widzimy, że aby dojechać do Billingsgate Market będziemy musieli zmieniać linie metra tylko 1200 razy. Ale przyświeca nam idea rybki w jakiejś bardzo wyrafinowanej postaci, więc dzielnie doładowujemy Oyster i zatapiamy się w lekturze Metra. Godzinę później jesteśmy już w Canary Wharf (gigantyczny targ rybny w centrum światowych finansów to zaszłość historyczna – targ był wcześniej), w tłumie smutnych (taka pora) właścicieli londyńskich Fish & Chipsów idziemy po towar. Obejrzawszy wszystkie ośmiornice z każdej strony (brrr), kolejną godzinę spędzamy na próbach znalezienia sprzedawcy, który zgodzi się sprzedać halibuta albo solę… mniej niż pół tony. Okupiony krwią i potem sukces (w postaci 5 kg ryby) pakujemy do termicznej torby i wracamy do domu tą samą drogą z przeczuciem, że przez cały tydzień na śniadanie, obiad i kolację będzie u nas tylko i wyłącznie ryba. Pora na know-how.

Self US – February 2012 Przepis jest tym razem nie z brytyjskiego, lecz amerykańskiego pisma Self (coś jak Women’s Health z elementami Primy), takie akurat miałam pod ręką.

Pieczony halibut z quinoa

1/4 kubka quinoa 2 filety z halibuta 1 słodki ziemniak2 plastry cebuli1 cienko pokrojona czerwona papryka1 ząbek czosnku1 słodki ziemniak1/2 kubka pomidorków koktajlowych1 łyżeczka tymiankustarta skórka z połowy cytryny

łyżka białego wina

odrobina oleju z oliwy

Gotuję quinoa według przepisu na opakowaniu (uwielbiam to w amerykańskich przepisach).

Rozgrzewam w olej z oliwy i smażę na nim cebulę. Kiedy jest miękka dorzucam paprykę i czosnek, a po 5 minutach tymianek, solę pieprzę i zdejmuję z ognia.

Papier do pieczenia skrapiam olejem z oliwy, kładę plasterki słodkiego ziemniaka, rybę, przygotowaną wcześniej duszoną miksturę, pomidorki koktajlowe, skórkę z cytryny, łyżkę białęgo wina, solę pieprzę i zawijam brzegi papieru.

Piekę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 15-20 minut.

Podaję z quinoa.

 Teraz sola. Cóż, nie każda potrawa nadaje się do fotografowania. Poza tym fotografowanie jedzenia to wyższy stopień wtajemniczenia, jak się o tym zapomina to tak to właśnie wygląda. Spróbujcie nie patrzeć na zdjęcie, myślcie tylko o ingrediencjach i efekcie.

Coast UK – March 2012

Sola w maśle z brązowymi krewetkami
odrobina oleju z oliwy
dwa filety z soli
mąka
125g masła pokrojonego na małe kawałeczki
75g obranych krewetek
szczypta mielonej gałki muszkatołowej
szczypta białego pieprzu
garść drobno poszatkowanych liści pietruszki
odrobina soku z cytryny
sól i czarny pieprz

Rozgrzewam olej z oliwy, obtaczam filety z soli w mące, i smażę przez około dwie minuty. Odwracam, dodaję kawałeczki masła i smażę kolejne trzy minuty.

Polewając roztopionym, bulgoczącym masłem odwracam i smażę rybę przez kolejnych 6 minut.

Wrzucam krewetki, a minutę później dodaję gałkę muszkatołową, biały pieprz, pietruszkę i skrapiam sokiem z cytryny. Oprószam czarnym pieprzem i solą.

Przekładam na talerze. Podaję z młodymi (nie oszukujmy się po prostu z małymi) kartofelkami i sałatą.

 

 

 

Lubię to 0

Indianie trzymają się mocno

Rozumiem, że to nasza Zuzanna Bijoch jako Indianka (really?) i firma (Paul & Joe) zacna, ale mimo wszystko…

Lubię to 0

Szwedzki Zen

W marcowym Elle Decoration śliczny domek wakacyjny na szwedzkiej prowincji. Przypomina trochę japoński domek herbaciany, w środku natomiast skrzyżowanie duńskiego designu lat sześćdziesiątych z fińską sauną. Urocze połączenie. Podłogi z piaskowca, klonowe meble, papierowe lampy – to we wnętrzu, na zewnątrz zaś wodne królestwo (trochę jak to Larsa von Triera). Projekt architekci Gert i Karin Wingardh.Elle Decoration UK  March 2012

Lubię to 0

Wyjście awaryjne

Przeglądam zdjęcia i materiały wideo z imprez w agencjach fotograficznych, zaglądam na serwisy plotkarskie. Jak inaczej, po siedmiu latach od wyjazdu z Polski, miałabym wiedzieć kim jest Doda, Kasia Cichopek, czy Michał Piróg, o gwiazdach polskich seriali nie wspominając. A tak to jestem in i mogę teraz podzielić się z wami moimi obserwacjami na temat polskiego szołbizu widzianego z perspektywy, powiedzmy zamorskiej. Porównuję z tym co widzę w brytyjskich gazetach. Nie jest dobrze.

Tło. Jeśli na jakiejś gali za placami pojawia się tablica sponsorów (coraz częściej) to zwykle tak wąska, że co najwyżej pół gwiazdy może się na jej tle zmieścić. Drugie pół pozuje mając za plecami lamperię w kolorze nazwijmy go złotobrązowym z tabliczką Wyjście awaryjne, Droga przeciwpożarowa albo przynajmniej zielony ludzik w biegu i strzałka. Popielniczka z jeżem i pusta puszka po napoju energetycznym (sponsora imprezy) w kącie – standard. Talerzyk z niedojedzonym tortem i puste kieliszki odstawione na postument rzeźby – nawet nie liczę. Kaloryfery (z nawilżaczem), gniazdka elektryczne i plątanina kabli pod nogami. W tle najczęściej ktoś z innego świata, na przykład w kobieta z reklamówką Carrefoura (której Carrefour za to nie zapłacił).

Styl. Gwiazdy nasze cechuje naiwna nadzieja, że fotografować je będą tylko od pasa w górę. Buty pozostają w kontraście do stroju. Najczęściej są to wyroby marki GnL (gniotsa nie łamiotsa) guma, plastik plus ochronny kolor który pasuje do wszystkiego, czyli czarny albo modny ostatnio cielisty beż. Konstrukcja na miarę Mostu Świętokrzyskiego – solidna platforma, filary, wsporniki etc. Torba, dwa rodzaje: albo współczesna wersja anużki (bo słyszałam że duże są modne) albo futerał na okulary (literalnie). Suknia rodem z Chełmońskiego – jedwab (sztuczny) czesany wiatrem, tu i ówdzie przykrywający niewielkie skrawki ciała. U panów zaś garnitur szeroki jak namiot wodza wioski albo wąski jak sarkofag Tutanchamona, w obu przypadkach z rękawami nie pozwalającymi zmarznąć nadgarstkom.

Maniera. Przypomina mi się opowieść pewnego fotografa, który wybrał się do Japonii z nadzieją na zrobienie porządnego reportażu, ale nie mógł zrobić ani jednego zdjęcia, które wyglądałoby na zrobione z zaskoczenia. Powód? Gdy ktoś widział aparat natychmiast zaczynał machać do niego jak szalony, stroić miny i pokazywać gesty w rodzaju peace, love and it’s OK. Na koniec zaś robił wszystko by wymienić się z nim telefonem, mailem, adresem błagając o przesłanie efektu tej współpracy. Z gwiazdami jest podobnie. Gdy czują na sobie wzrok kamery zaczynają się przytulać w sposób nielicujący z wizerunkiem ojca i matki. Spleceni w najwymyślniejszych uściskach, z językiem wysuniętym niczym zziajany pies. Całusy składane na nosach, wargach, czołach ramionach i przedramionach niejedną modelkę Playboya wprawiłyby w zakłopotanie, a mamy na przykład jesienną ramówkę albo narodowy spęd w Operze, czyli okazję zupełnie nieadekwatną do manifestowania tego typu popędów.

Sylwetka. Opcja seksi (częsta w scenach grupowych): noga podana do przodu na Marylin Monroe, czyli szyk hollywoodzki, który w zderzeniu z lekkością buta oraz grubością pończochy wygląda na wojewódzki. Opcja nonszalancka: ręce w kieszeniach, stopy ku sobie jak mała dziewczynka, kieszeń lub koszula wywleczona na zewnątrz, czyli pijak szukający drobnych, tylko z miną rapera. Pół biedy jeśli to jakaś leciwa gwiazda rocka, gorzej jeśli aktorka z dorobkiem lub producent telewizyjny.

Język. Tu już nie jest tak różowo. Język elit zawsze jest zaskoczeniem dla nas czytelników/widzów, sam wywiad zaś jest niespodzianką dla gwiazd. Znaczy ten, ja się nie spodziewałam tego pytania. Jak mi się podobał film (pokaz)? No fajny był taki lekki. Nagminne jest też budowanie napięcia: A tego nie mogę powiedzieć. Choćby nawet pytanie dotyczyło ulubionej zupy.

Fochy. Stan permanentnego oburzenia. Przede wszystkim na paparazzi. Bo czy w ogóle można na gwiazdy krzyczeć? Wrzaśnie taki na jakąś naszą Anię: odwróć się, spójrz w prawo, w lewo, choć tu bliżej. A ona się zastanawia jakim prawem ten facet (skoro się nie znają) mówi do niej po imieniu? Nie wpadnie na to, że dynamika zdarzeń wymaga takiego zachowania. Od kierowcy rajdowego też nikt nie oczekuje by do swojego pilota zwracał się słowami: Drogi Romku, byłbym wdzięczny gdybyś zechciał… Jest krótkie kuxxaaa. Romek się nie żali, w końcu obaj grają w tej samej drużynie, jeden bez drugiego by zginął.

Podejście. Nasze gwiazdy chodzą na imprezy, rauty, premiery, otwarcia, zamknięcia, inauguracje, pokazy, żeby się wyrwać z domu, najeść, spotkać znajomych i dobrze bawić. Światowe gwiazdy zaś do pracy. A jak idą się gdzieś zabawić (i być może czasem najeść też) to impreza toczy się za zamkniętymi drzwiami i żadne zdjęcie z tego do prasy nie wycieka. A jak już wycieknie to jest to materiał od razu na jedynkę, afera międzynarodowa. Bo zagraniczna gwiazda, która jest sobą i nikogo nie udaje (zresztą bądźmy sprawiedliwi – w tym stanie nawet by nie mogła) to wielki rarytas. Aha i wtedy zawsze w tle jest tabliczka z napisem wyjście awaryjne – tu akurat idziemy ze światową czołówką łeb w łeb.

Lubię to 0

Out of the blue

Elle Decoration UK – March 2012 Marzy Ci się komnek, ale nie masz warunków. Oto rozwiązanie, które spada prosto z nieba – wiszący kominek. Bezpieczny dla dziecka (nie dosięgnie) i bezpieczny dla zdrowia (nie złapie cię skurcz kolan podczs dokładania polan). Kolor najmodniejszy w tym sezonie czyli blue electric metalic. Zgrany z kolorystycznie z meblami, dywanem, obrusem, kaktusem. Kafeliki z Marakeszu, andaluzyjska terrakota, portugalskie azulejos, farba mieszana na życzenie, obrusy z chińskiego bazaru i wreszcie mamy wnętrze, w którym porcelana z Włocławka nie wygląda od czapy.

Lubię to 0

Niebieski elektryk

Russel & Bromley Esquire UK – March 2102 Kiedy zrobi się trochę cieplej panowie powinni zacząć ubierać się na niebiesko. Z tym, że nie chodzi tu o żaden tam rozmamłany pastelowy błękit, raczej nawet nie o granat czy indygo, tylko o coś nieco bardziej wyrazistego – electric blue. Dla uproszczenia nazwijmy ten styl niebieski elektryk. W zasadzie pasuje, chodzi o mężczyznę ubranego od góry do dołu na niebiesko. I tak, koszule w stylu elektryka, spodnie, garnitury, płaszcze, kurtki, kamizelki, swetry, szorty lansują: E Tautz, Canali, Acne. Uzupełnieniem są niezmiernie teraz szykowne dessert shoes – z zamszu na jasnej podeszwie, niekoniecznie do kostki. Najlepiej ze skórzanymi sznurówkami (Tod’s), ale mogą być po prostu niebieskie (Russell & Bromley), ewentualnie same buty mogą być z nubuku (Grenson), a jak ten styl kompletnie jakiemuś panu nie leży to ostatecznie może założyć coś bardziej w stylu starego Heffnera (Billionaire Couture) byle by to było niebieskie. Do tego błękitne okulary Police i już można siadać na dachu świata. A propos dachów to takiego niebieskiego elektryka modnie jest też mieć w domu, ale o tym za chwilę. 

Okulary przeciwsłoneczne, Police, 129 funtów
Zamszowa kurtka, Bally 1990 funtów
Buty No_Code, Tod’s, 285 funtów
Buty z niebieskimi sznurówkami, Boden, 89 funtów

Zdjęcia: Esquire, Coast – March 2012

Lubię to 0

Beeee

Mówiłam, że w Women’s Health nie ma nic ciekawego. Muszę to wycofać – jest sesja z owcą w sypialni! Wielkanocny zajączek na jajkach to przy tym pikuś. Tekst traktuje o tym jak się porządnie wyspać, więc okropnie pasowało. Jak myślicie czy to fotograf zaciągnął owce do łóżka, czy grafik? Jakby to było Elle, to byłyby zdjęcia backstage, opis jak ją malowali, wspomnienia członków ekipy, a tak to się musimy domyślać…Women’s Health UK – March 2012

Lubię to 0

Na wdechu – pierwszy numer Women’s Health

Women’s Health UK – Spring 2012
Przejrzałam i coś mi świta. Myślę, że chodziło o to by stworzyć pismo, które można czytać w biegu albo na siłowni (gdyby wydawca zdecydował się na zmianę papieru to nawet na basenie). Wygląda to tak: duża czcionka (żeby litery nie latały przed oczami), przy każdej notce numer (by ją szybko odnaleźć po wykonaniu gwałtownego skłonu), strzałki i inne elementy infogafiki (aby się nie zgubić robiąc brzuszki). Na okładce i w cover story Kate Beckinsale (naucza jak ćwiczyć) – rodowita londynianka (mój rocznik) od ośmiu lat rezydująca w Mieście Aniołów. Zagrała w kilkunastu filmach z których jeden zatutułowany Zamieć (2008) odniósł prawdziwy sukces – uznano go w USA najgorszym filmem roku. Aktorka ma na koncie cztery nominacje do nagród i jedną prawie wygraną Złotą Malinę za duet z Benem Affleckiem. Znacznie lepiej radzi sobie w filmach fantasy. Pamiętamy ją jako Selenę w Underworld (w tym roku wampiry przebudziły się po raz kolejny), oraz Avę Gardner w Avatarze. Do tej drugiej roli przytyła kilkanaście kilogramów. Potem rzecz jasna musiała ich się pozbyć. Teoretycznie jest to zatem idealna gwiazda dla Women’s Health. Ktoś tam w redakcji jednak nie lubi Kate, poza nietypowo złożonym tytułem w materiale nie ma nic ciekawego. Chociaż nie, wyznała przecież, że nie używa Botoxu i zęby ma naturalne – mnie to akurat bardzo cieszy. Podobno w tym roku kariera Kate nabrała pewnego przyspieszenia – oprócz kolejnej części Underworld: Awakening, zagrała w thrillerze Contraband i w Total Recall obok Colina Farrela, całkiem ładnie. Ładnie wyszła też na sesji w Women’s Health. Wszystkie zdjęcia na jednej stronie, przynajmniej jest zwięźle. Jeden przysiad i przeczytane. Dłuuuugi wydech.

Lubię to 0

Strach się bać

Czy tylko ja mam wrażenie, że ideał mężczyzny ewoluuje w kierunku… hm… psychopatycznego zabójcy? Przyjrzałam się bacznie panom w reklamach (czyli mojej ulubionej kategorii Prawdziwe szycie zaczyna się po dwudziestej czwartej) marcowego Esquire. Prawda, że budzą zaufanie? Zaryglujcie drzwi i okna, nadchodzi ten jedyny.Ralph LaurenPaul SmithPradaPradaLouis VuittonHugo BossErmenegildo ZegnaDaniel RadcliffeDiesel Esquire UK – March 2012

Lubię to 0

La Mania w Londynie

W przededniu Londyńskiego Tygodnia Mody wybrałam się na otwarcie wystawy domu mody La Mania w Royal Academy of Arts. Po królewskim (a jakże) dywanie, wśród choinek ze śnieżnobiałego filcu wchodziło się do monumentalnych sal, w których manekiny ubrane w kreacje La Manii wyginały się w teatralnych pozach. Całość zorganizowana z rozmachem wystaw w Victoria & Albert Museum największe wrażenie robiła zanim jeszcze zrobiło się tłoczno – muzyka Jana A.P. Kaczmarka nie jest wszak stworzona do przebijania się przez gwar rozmów. Jak przystało na tłusty czwartek na obczyźnie serwowano pączki z szampanem.

Jesienno zimowa kolekcja w nieznacznym stopniu wykracza poza to co jest już sygnaturką La Manii – dopasowane suknie rozszerzające się jak rybi ogon, bolerka, baskinki, zgrabne toczki. Nowością były natomiast dzianiny w kolorze przechodzącym płynnie z szarości do grafitowej czerni; rdzawe żakiety z cekinów ułożonych jak rybia łuska; oraz piękne grube strukturalne materiały – jakby powiedziały nasze babcie – kremplina oraz wełny boucle. Wszystkie stroje świetnie skrojone, udrapowane, z perfekcyjną linią ramion, pleców i przełamującymi ten porządek aplikacjami z nastroszonych kawałeczków białego muślinu.

Z wielką przyjemnością dostrzegłam żakiety w duchu domu mody Chanel z rękawami 3/4 albo przykrywającymi nadgarstki, z nostalgią obejrzałam małą złotą zimową z tiurniurą czyli młodszą siostrę niezapomnianej Mini Crini Vivienne Westwood. Wpadła mi w oko skromna, różowa (mimo wszystko mam nadzieję że ten model produkowany jest też w innych kolorach) suknia z długimi obcisłymi rękawami, wysoko zabudowana pod szyją dopasowana, na dole rozkloszowana a z tyłu skrócona w sposób umożliwiający chodzenie. Dobre krawiectwo broni się samo i nie potrzebuje wielu udziwnień. Tu bizantyjska brosza na biodrze wydawała się wręcz zbędnym dodatkiem. Oceńcie sami na stronie mojej przyjaciółki Magdy Bulery.

Wielkim sukcesem La Manii jest to, że stroje tej młodej marki są już rozpoznawalne. Mają dużo z szyku Jacqueline Kennedy, czy projektów Mary Quant, ale bez dosłowności, która w nadmiarze mogłaby się okazać niestrawna. Przede wszystkim jednak mają wystarczającą jakość i styl, by wywołać małą rewolucję w naszej rodzimej (i nie tylko) society i kto wie, może nawet przynieść projektantce sławę na miarę Victorii Beckham, której sukces potwierdzają przede wszystkim zamówienia na tegoroczne Oscary.

Gospodyni wieczoru Joanna Przetakiewicz wyglądała posągowo i zagranicznie w białej sukni do ziemi, oraz czymś na kształt czarnego pióropusza zsuniętego na bakier. Uśmiechnięta, naturalna, szczęśliwa, otoczona wianuszkiem gości i przyjaciół, wśród których rzecz jasna wypatrzyłam jej towarzysza Jana Kulczyka, a także prezydenta Kwaśniewskiego, państwa Niemczyckich, Zahę Hadid, Dorotę Soszyńską z córką, Anię Rubik z mężem, prezes Deni Cler Katarzynę Niezgodę, Kate Rozz, Tatianę Okupnik oraz licznych przedstawicieli eleganckiego francusko-angielskiego towarzystwa, których stroje i fryzury zdradzały powiązania z modą. Nie dopisał tylko Karl Lagerfeld tłumacząc się ważnymi obowiązkami. Goście obejrzeli na telebimie wywiad z Karlem, w którym mówi między innymi o tym, że kibicuje La Manii.

Całkiem niedocenioną przez polskie ekipy telewizyjne i obecnych na gali łowców wywiadów gwiazdą tego wieczoru był Marco Perego. Mieszkający w Nowym Jorku 33-letni włoski rzeźbiarz i malarz, jeszcze kilka lat znany wyłącznie menadżerowi restauracji, w której zmywał naczynia, dzisiaj rozwija karierę pod skrzydłami wpływowej Galerie Gmurzynska. Jego prace ma w swej kolekcji wiele sław w tym duet Dolce & Gabbana i Vladimir Restoin-Roitfeld. Syn naczelnej francuskiego Vogue’a, kurator i marszand zalicza Perego do swoich bliskich przyjaciół. Jego siostra Julia też kupuje jego obrazy. Sama Carine Roitfeld trzy lata temu dała wyraz sympatii dla młodego Włocha zamieszczając w swoim piśmie sesję z jego udziałem. Na zdjęciach Marco jest zabójczo przebojowy, w rzeczywistości zaś okazał się zadziwiająco (biorąc pod uwagę tematykę jego prac) nieśmiały. Joanna Przetakiewicz długo próbowała go namówić na występ na scenie, w końcu cichym głosem wydukał kilka sów podziękowania stojąc pośród tłumu gości. Trudno uwierzyć, że to ten sam niepokorny artysta, który gdy Amy Winehouse dołączyła do Klubu 27, pokazał w jednej z nowojrskich galerii głośną instalację The Only Good Rock Star Is a Dead Rock Star czyli łudząco podobną do Amy lalkę z raną postrzałową na czole. Na La Manii obyło się bez trupów na podłodze, były natomiast czaszki zamknięte w gigantycznej kuli zrobionej na wzór dozownika do gum, kłąb nagich gipsowych ciał i wielkoformatowe dzieła z lubieżną Śnieżką oraz hordami rozpasanych krasnoludków. Orgia a la Disney to coś z czego Marco Perego – poza aferą z Amy – znany jest najbardziej. Wybór artysty towarzyszącego zdradzał, że Joanna Przetakiewicz nie tylko trzyma rękę na pulsie światowych trendów w sztuce, ale też że ma poczucie humoru i dystans do tego co robi, co w świecie mody jest cechą unikalną i nie do przecenienia.

Wystawę Fairy Tale Mania do końca lutego można obejrzeć w Royal Opera Arcade Gallery, 5 b Pall Mall, London SW1 – wstęp wolny.

Lubię to 0

Na dwie ręce

Nie mogę się zdecydować, który z tych kremów do rąk lubię bardziej. Pierwszy produkowany przez nowozelandzką firmę Comvita, zawiera miód z kwiatów drzewa herbacianego (Leptospermum scoparium to właściwie krzew osiągający czasem imponujące rozmiary) rosnącego tylko Australii i Nowej Zelandii. Miód Manuka ma niezwykłe właściwości lecznicze. Lekarze odkryli (co Maorysi dawno wiedzieli), że potrafi niszczyć superbakterie odporne na jakiekolwiek antybiotyki i ma niezwykłe właściwości gojące (oczywiście w odpowiednim stężeniu ale umówmy się, jak taki krem do rąk z Manuką jedną zniszczy to już będzie coś), czyli krem cud miód. Drugi mój faworyt to też brytyjska spuścizna kolonialna – kanadyjski krem z olejkiem awokado. Żeby nikt nie miał wątpliwości, że kanadyjski, firma nazywa się Upper Canada. Ciekawe czy ktoś by się odważył sprzedawać kosmetyki pod nazwą Polska Północna albo na przykład Przedrozbiorowa, tu proszę – działa. Odpowiada mi zapach tego kosmetyku, bardzo perfumeryjny, niespotykany wśród kremów do rąk. Polecam wielbicielkom melonów, tylko nie kelnerkom – daje taki silikonowy poślizg, że wszystko po nim leci z rąk.
Comvita Nourishing Hand & Nail Cream 75 ml, 14 funtów
Upper Canada Pressed Olive Avocado Whipped Hand Repair Balm
 120 ml, 6.5 funta

Lubię to 0

Krem przy kompie

Trzymam ten krem na biurku, przy komputerze i co jakiś czas nakładam odrobinę pod oczy. Kolejny przebój organicznej marki Yes To Carrots www.yestocarrots.com , cudownie chłodzący przezroczysty żel, który błyskawicznie wsiąka w skórę i chłodzi jak kostka lodu wyciągnięta z zamrażalnika. Dobry dla zmęczonych oczu, przyjazny szkłom kontaktowym, nie wysusza. Główny składnik to wyciąg z ogórka, aloes, zielona herbata czyli sama natura. Ma jakieś wady? Tak – dość tandetne opakowanie.
Yes to Cucumber Sooting Eye Gel 30 ml, 13 funtów

 

Lubię to 0

Nie taję

Zu przyjechała do Londynu zrobić wywiad z pewnym bardzo ładnym i znanym aktorem (w Dniu Zakochanych…). W przeddzień poszłyśmy zobaczyć 130 obrazów Luciana Freuda zebranych w National Portrait Gallery. Kasa jest na parterze, aby ustawić się w kolejce po bilet trzeba było wjechać na pierwsze piętro. – Dojdziecie na parter w czterdzieści minut – obiecywali. Nie uwierzyłyśmy. Grayson Perry w The British Museum mógłby nam Freuda zrekompensować, jednak wszystkie bilety wyprzedano zanim tam dotarłyśmy. W uliczce niedaleko British Museum wypatrzyłyśmy Thai Garden Café – tam nieudaną wycieczkę w krainę contemporary arts przypieczętowałyśmy solidną porcją czerwonego curry. Zu zajadała się michą Laksy (Vermicelli noodle in red curry soup with boiled egg, chicken, tofu and coconut milk), a ja dorszem z ryżem (Chu Chi Pla – crispy cod filet topped with red curry sauce and kaffir leaves). Delicje! Ceny zaś bardzo przystępne – do około 7.5 funta za danie. Popiłyśmy jaśminową herbatą i miejsce to spodobało nam się tak bardzo, że postanowiłam je nagłośnić na łamach mojego poczytnego bloga. Co niniejszym czynię.

Thai Garden Café
32 Museum Street,
London WC1A 1LH

Lubię to 0

Jazda na mule w Walentynki

Za chwilę Święto Miłości i z tej okazji chciałam delikatnie zasugerować panom jak mogą oczarować kobietę. Mule są idealnym daniem na walentynkową kolację we dwoje. Mam nadzieję, że się rozumiemy…

Esquire UK – November 2011Kiedy mieszkałam we Francji jadłam mule (czyli omułki jadalne) niemal codziennie, w Paryżu świeże małże można kupić wszędzie. Francuzi są przekonani, że najlepsze mule pochodzą z Bretanii. Tymczasem w Brytanii też są wspaniałe.
Kiedyś w czasie wakacji na wyspie Skye szukaliśmy późno w nocy hotelu. Koś zaproponował nam przyczepę kempingową (bardzo dużą zresztą), cena była śmiesznie niska, a przyczepa malowniczo zaparkowana nad otoczonym wzgórzami jeziorem. Właściciel na zachętę zapewnił, że brzeg jeziora jest usiany małżami i możemy nazbierać ich sobie tyle ile tylko zdołamy zjeść. Mieliśmy zatrzymać się tam na jedną noc, zostaliśmy tydzień. Codziennie wyprawialiśmy się do pobliskiego sklepiku po śmietanę, wino i cebulę. To były najlepsze mule jakie jadłam, choć wcale nie największe.

Jednym z najprostszych dań jakie można sobie wyobrazić, a przy okazji niezwykle efektownym są moules à la marinière (po marynarsku). Właściwie nie spotkałam dwóch identycznych przepisów, więc z grubsza wygląda to tak:

2 kg muli1 cebula, albo kilka szalotek1 butelka białego wytrawnego winapieprzmałe opakowanie gęstej śmietanynatka pietruszkibagietkasałata z sosem vinegret

Czyszczę i obieram mule z bisiorów (prosze bez głupich uśmieszków – to nici, którymi małże przyczepiają się do skał). Wyrzucam otwarte mule, które po zaciśnięciu uparcie się otwierają (te są mówiąc brutalnie already dead i choć w zasadzie cały proces gotowania ma je do tego stanu doprowadzić to jednak nie to samo).

W wielkim garnku rumienię na maśle drobno posiekaną cebulę (lub szalotkę), podlewam dwiema szklankami wina. Dodaję mule i przykrywam pokrywką.

Gotuję przez około 10 minut (nie dłużej!) na dużym ogniu, od czasu do czasu potrząsając garnkiem, aż mule się otworzą. Dodaję pietruszkę i śmietanę, delikatnie mieszam.

Nieotwarte małże wyrzucam, resztę przekładam z odrobiną sosu na głębokie talerze. Podaję z michą sałaty z sosem winegret, grubo pokrojoną bagietką, miseczkami na puste muszle i kieliszkiem białego wina.

Belgowie jedzą mule z frytkami, ale o dziwo ten sposób na Wyspach (gdzie frytki są niemal do wszystkiego) nie jest zbyt popularny. Znany brytyjski dziennikarz kulinarny Mark Hix namawia natomiast rodaków, by zamiar białego wina podlewali małże cydrem, albo piwem. Prawdopodobnie nie będzie musiał ich do tego długo przekonywać.

Moules à la marinière to dobra baza do kulinarnych eksperymentów. Wzbogaca je odrobina czosnku, pomidorów, nawet hiszpańskiej kiełbasy chorizo. Danie to zmieni się zupełnie jeśli dorzucimy do podsmażanej cebuli posiekaną trawę cytrynową, żeń szeń (albo jeszcze lepiej galangal), ostrą papryczkę, oraz czosnek. Reszta przepisu zostaje bez zmian. Najważniejsza zaś jest zasada: przed gotowaniem wyrzucamy otwarte mule, a po gotowaniu zamknięte – w żadnym wypadku nie odwrotnie, bo wieczór nie skończy się w łóżku. Jedzenie małży pobudza zmysły – wszystkie. Nawet w eleganckich restauracjach często je się omułki palcami, traktując jedną z muszli jako szczypce. Tak jak z chińskimi pałeczkami, choć za pierwszym razem nie jest łatwo, to warto potrenować. Widok osłupiałej z wrażenia towarzyszki powinien wynagrodzić wysiłek. Osłupiała zgodzi się na więcej, jak sądzę.

Lubię to 0