La Mania w Londynie

W przededniu Londyńskiego Tygodnia Mody wybrałam się na otwarcie wystawy domu mody La Mania w Royal Academy of Arts. Po królewskim (a jakże) dywanie, wśród choinek ze śnieżnobiałego filcu wchodziło się do monumentalnych sal, w których manekiny ubrane w kreacje La Manii wyginały się w teatralnych pozach. Całość zorganizowana z rozmachem wystaw w Victoria & Albert Museum największe wrażenie robiła zanim jeszcze zrobiło się tłoczno – muzyka Jana A.P. Kaczmarka nie jest wszak stworzona do przebijania się przez gwar rozmów. Jak przystało na tłusty czwartek na obczyźnie serwowano pączki z szampanem.
Jesienno zimowa kolekcja w nieznacznym stopniu wykracza poza to co jest już sygnaturką La Manii – dopasowane suknie rozszerzające się jak rybi ogon, bolerka, baskinki, zgrabne toczki. Nowością były natomiast dzianiny w kolorze przechodzącym płynnie z szarości do grafitowej czerni; rdzawe żakiety z cekinów ułożonych jak rybia łuska; oraz piękne grube strukturalne materiały – jakby powiedziały nasze babcie – kremplina oraz wełny boucle. Wszystkie stroje świetnie skrojone, udrapowane, z perfekcyjną linią ramion, pleców i przełamującymi ten porządek aplikacjami z nastroszonych kawałeczków białego muślinu.

Z wielką przyjemnością dostrzegłam żakiety w duchu domu mody Chanel z rękawami 3/4 albo przykrywającymi nadgarstki, z nostalgią obejrzałam małą złotą zimową z tiurniurą czyli młodszą siostrę niezapomnianej Mini Crini Vivienne Westwood. Wpadła mi w oko skromna, różowa (mimo wszystko mam nadzieję że ten model produkowany jest też w innych kolorach) suknia z długimi obcisłymi rękawami, wysoko zabudowana pod szyją dopasowana, na dole rozkloszowana a z tyłu skrócona w sposób umożliwiający chodzenie. Dobre krawiectwo broni się samo i nie potrzebuje wielu udziwnień. Tu bizantyjska brosza na biodrze wydawała się wręcz zbędnym dodatkiem. Oceńcie sami na stronie mojej przyjaciółki Magdy Bulery.
Wielkim sukcesem La Manii jest to, że stroje tej młodej marki są już rozpoznawalne. Mają dużo z szyku Jacqueline Kennedy, czy projektów Mary Quant, ale bez dosłowności, która w nadmiarze mogłaby się okazać niestrawna. Przede wszystkim jednak mają wystarczającą jakość i styl, by wywołać małą rewolucję w naszej rodzimej (i nie tylko) society i kto wie, może nawet przynieść projektantce sławę na miarę Victorii Beckham, której sukces potwierdzają przede wszystkim zamówienia na tegoroczne Oscary.
Gospodyni wieczoru Joanna Przetakiewicz wyglądała posągowo i zagranicznie w białej sukni do ziemi, oraz czymś na kształt czarnego pióropusza zsuniętego na bakier. Uśmiechnięta, naturalna, szczęśliwa, otoczona wianuszkiem gości i przyjaciół, wśród których rzecz jasna wypatrzyłam jej towarzysza Jana Kulczyka, a także prezydenta Kwaśniewskiego, państwa Niemczyckich, Zahę Hadid, Dorotę Soszyńską z córką, Anię Rubik z mężem, prezes Deni Cler Katarzynę Niezgodę, Kate Rozz, Tatianę Okupnik oraz licznych przedstawicieli eleganckiego francusko-angielskiego towarzystwa, których stroje i fryzury zdradzały powiązania z modą. Nie dopisał tylko Karl Lagerfeld tłumacząc się ważnymi obowiązkami. Goście obejrzeli na telebimie wywiad z Karlem, w którym mówi między innymi o tym, że kibicuje La Manii.
Całkiem niedocenioną przez polskie ekipy telewizyjne i obecnych na gali łowców wywiadów gwiazdą tego wieczoru był Marco Perego. Mieszkający w Nowym Jorku 33-letni włoski rzeźbiarz i malarz, jeszcze kilka lat znany wyłącznie menadżerowi restauracji, w której zmywał naczynia, dzisiaj rozwija karierę pod skrzydłami wpływowej Galerie Gmurzynska. Jego prace ma w swej kolekcji wiele sław w tym duet Dolce & Gabbana i Vladimir Restoin-Roitfeld. Syn naczelnej francuskiego Vogue’a, kurator i marszand zalicza Perego do swoich bliskich przyjaciół. Jego siostra Julia też kupuje jego obrazy. Sama Carine Roitfeld trzy lata temu dała wyraz sympatii dla młodego Włocha zamieszczając w swoim piśmie sesję z jego udziałem. Na zdjęciach Marco jest zabójczo przebojowy, w rzeczywistości zaś okazał się zadziwiająco (biorąc pod uwagę tematykę jego prac) nieśmiały. Joanna Przetakiewicz długo próbowała go namówić na występ na scenie, w końcu cichym głosem wydukał kilka sów podziękowania stojąc pośród tłumu gości. Trudno uwierzyć, że to ten sam niepokorny artysta, który gdy Amy Winehouse dołączyła do Klubu 27, pokazał w jednej z nowojrskich galerii głośną instalację The Only Good Rock Star Is a Dead Rock Star czyli łudząco podobną do Amy lalkę z raną postrzałową na czole. Na La Manii obyło się bez trupów na podłodze, były natomiast czaszki zamknięte w gigantycznej kuli zrobionej na wzór dozownika do gum, kłąb nagich gipsowych ciał i wielkoformatowe dzieła z lubieżną Śnieżką oraz hordami rozpasanych krasnoludków. Orgia a la Disney to coś z czego Marco Perego – poza aferą z Amy – znany jest najbardziej. Wybór artysty towarzyszącego zdradzał, że Joanna Przetakiewicz nie tylko trzyma rękę na pulsie światowych trendów w sztuce, ale też że ma poczucie humoru i dystans do tego co robi, co w świecie mody jest cechą unikalną i nie do przecenienia.
Wystawę Fairy Tale Mania do końca lutego można obejrzeć w Royal Opera Arcade Gallery, 5 b Pall Mall, London SW1 – wstęp wolny.
Lubię to 0
Twój komentarz